Dzien rozpoczelismy wczesnie i intensywnie. Formalnosci przy opuszczeniu hotelu (chciano nam wmowic zbicie szyby (!) w pokoju i policzyc odpowiednio wiecej; nie dalismy sie i po wizji lokalnej odpuszczono).

Zostawilismy bagaze w hotelu i ruszylismy do Sinh Cafe zeby zamowic weekendowy rejs po Halong Bay. Chlopcy uparli sie na piekna Margarite Junk ;) (na temat cen i innych praktycznych info sprawdzajcie zaklade info praktyczne).

Potem spacer na Dworzec Kolejowy zeby zamowic bilety na wieczorny pociag do Sapa (odjazd o 20:30 by 8 godz pozniej wysiasc w Lao Chai). Mielismy wiec caly dzien na dokladne tym razem obejrzenie Hanoi.

Na poczatek Swiatynia Literatury. Przyjemne miejsce, wolne od bazarowego handlu. Potem One Pillar Pagoda w okolicach Mausoleum Ho Chi Minha.



W miedzyczasie lunch (sajgonki) prosto na ulicy. Po poczatkowych obawach co do takiego jedzenia nie zostal slad i rzczywiscie sajgonki byly najlepszymi jakie dotad jedlismy.
Obiad zjedlismy juz w New Day a ja nie moglam sobie odpuscic sprobowania zab serwowanych z czosnkiem i maslem ;) Smaczne, podobne w smaku do kurczaka.



Po calym dniu szwedania sie po halasliwym i tlocznym Hanoi zasluzylismy na lokalne piwko. Usadowilismy sie w ulicznej knajpce prosto na jednym z ruchliwych skrzyzowan zeby obserwowac jak miejscowi i turysci radza sobie z tutejszym totalnie zwariowanym ruchem. Siedzac na malutkich plastikowych krzeselkach ;) saczac piwo odpieralismy ataki miejscowych handlarzy "wszystkiego" ;)

Plany na najblizsze dni: 3 dni w Sa Pa, potem weekend na Halong Bay i w niedziele wieczorem wsiadamy w pociag do Hue.

Podsumowujac. Mimo, ze potwornie tloczne i halasliwe - Hanoi bardzo przypadlo nam do gustu !! Zwlaszcza Stare Miasto ze swoimi waskimi uliczkami, kolonialnymi w stylu budynkami, licznymi drobnymi sklepikami, punktami uslugowymi, knajpkami prosto na ulicy i ludzmi po prostu spedzajacymi swoj czas na chodnikach przed domami...

To, co obserwujemy z ciekawoscia to obecnosc wszedobylskiego plastiku i kiczu, blachy falistej, pozornie pozbawiony zasad ruch uliczny (nikt nie zwaza na zielone swiatlo dla pieszych; przechodzi sie wchodzac prosto pod jadace auta i motory, ktore rozstepuja sie na boki) i zawartosc garnkow, talerzy miejscowych (mnie zachwycila roznorodnosc slimakow, ktore spozywaja).

Poza tym bardzo slabo mowia po angielsku. Bardziej zgadujemy niz rozumiemy. Maja potwornie silny akcent. Liczne bledy na szyldach czy w menu tylko to potwierdzaja.

No i na koniec nie sposob nie wspomniec o tym, ze mozna kupic tu wlasciwie wszystko od D&G po Armaniego ;D Szalenie "markowi" sa Wietnamczycy.

Comments

0 responses to "Hanoi (16.03.2010)"